Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Wstyd, imperium, resentyment. Społeczeństwo rosyjskie a wojna w Ukrainie. Dr Marta Lechowska w rozmowie z rosyjskimi emigrantami w RPA

Wstyd, imperium, resentyment. Społeczeństwo rosyjskie a wojna w Ukrainie.  Dr Marta Lechowska w rozmowie z rosyjskimi emigrantami w RPA

Rozmowa z rosyjskimi emigrantami: Iriną Oskolską (historykiem rosyjskiej Cerkwii, malarką) i prof. Aleksiejem Oskolskim (botanikiem, filozofem, wykładowcą Uniwersytetu w Johannesburgu). Rozmawiała dr Marta Lechowska z Instytutu Rosji i Europy Wschodniej UJ.

Irina Oskolska (I.O.): Przyjęłam zaproszenie do tej rozmowy, ponieważ uważam, że ważne jest, by pokazać światu, iż nie wszyscy Rosjanie myślą zgodnie z oficjalną narracją. Dla wielu niezależne myślenie to wyraz przeświadczenia, że kiedy to szaleństwo się skończy - dzięki postawie niezależnej od wpływów oficjalnej propagandy - Rosja będzie miała szansę zachować wartość w oczach ludzi myślących. Jestem po stronie Ukrainy, wspieram Ukrainę. Pomyślałam, że warto nagrać tę rozmowę, żeby Rosja nie przepadła.

Marta Lechowska (M.L.): Z jakiego powodu wyemigrowali Państwo z Rosji? Czy już wtedy przeczuwali Państwo, że Rosja pójdzie drogą, która budzi obawy? Jeśli tak, to jakie obserwowaliście ku temu przesłanki?

Aleksiej Okolski (A.O.): Brak perspektyw dla Rosji jako imperium, które utraciło swoją misję, był jasny od początku lat 2000. To znaczy, jasne było, że to, co się dzieje, prowadzi do agresywnej dyktatury i będącego jej rezultatem rozpadu. Impulsem było „prawo Dimy Jakowlewa” (prawo zakazujące adopcji dzieci rosyjskich przez obywateli amerykańskich – M.L.) z 2012 roku. Wtedy zacząłem aktywnie szukać możliwości zatrudnienia w RPA, a wyjechaliśmy na początku 2015 roku. Rok 2014 z jego aneksją Krymu i wydarzeniami w Donbasie potwierdził nasze obawy. Te wydarzenia były bezpośrednią przyczyną wyjazdu.

M.L.: Czy wielu ludzi wtedy w Państwa środowisku myślało podobnie?

A.O.: Tak, wielu. Choć w 2014 roku poraziło mnie, że wielu moich kolegów z zachwytem przyjęło aneksję Krymu. Dla mnie to był szok kulturowy. Chciałbym podzielić się pewnymi refleksjami i emocjami, które pojawiły się jako rezultat przemyślenia tamtych wydarzeń – zrozumiałem wtedy, że gdyby wybuchła wojna, ja i moi uniwersyteccy koledzy bylibyśmy po dwóch stronach barykady - walczylibyśmy przeciw sobie, strzelalibyśmy do siebie. Długo o tym rozmyślałem. Dlatego cieszymy się, że wyjechaliśmy wtedy; teraz byłoby to dużo trudniejsze.

I. O.: Od dawna należeliśmy do wąskiego, specyficznego środowiska – w Petersburgu i szerzej, w Rosji; wielu naszych znajomych myślało podobnie jak my. Ale ci, którzy wyjechali - to były jednostki. Większość starała się działać w Rosji, uważając, że można jeszcze coś w kraju zrobić.

M.L.: Proszę powiedzieć, jak Rosjanie postrzegają Putina - odpowiedzią na jakie oczekiwania Rosjan jest obecny prezydent Federacji Rosyjskiej?

A.O.: Dla większości Rosjan Putin to przywódca, który jest źródłem ich tożsamości. Innymi słowy, Putin jest punktem odniesienia ich podmiotowości. To może brzmieć dziwnie dla przeciętnego Europejczyka, który został wychowany jako rozumny podmiot, czyli taki, którego myśli, słowa, emocje i czyny są uspójnione dzięki wewnętrznej instancji, jaką jest rozum. To z nim powiązane są wyobrażenia o wolności, godności i sumieniu.

A teraz proszę sobie wyobrazić, że w człowieku nie ma takiego jednoczącego centrum, bo zostało ono przeniesione na zewnątrz. To znaczy, że człowiek umie mówić, myśleć i czuć, ale nie może się odwołać do żadnej wewnętrznej instancji, wiążącej te procesy w całość. Procesy te są łączone w całość przez zewnętrzny autorytet - przywódcę. Taki podmiot nie ma nic swojego: wolność zostaje zastąpiona przez uznanie ze strony wodza, godność – przez oddanie wodzowi, a sumienie staje się niepotrzebne, ponieważ moralne problemy rozwiązuje wódz. Brak wewnętrznej instancji kompensowany jest przez resentyment – odczuwanie nienawiści i poczucie krzywdy żywione wobec innych, wobec wrogów. Oczywiste jest, że taki podmiot nie może stać się źródłem żadnych pozytywnych sensów.
Wydarzenia 2014 roku zrodziły masowe zjawisko tzw. „watników” czy „waty” – tak nazywa się ludzi о imperialnych poglądach, zbudowanych na resentymencie i zawierzeniu wodzowi. Postać Putina funkcjonuje w tym układzie jako najważniejszy punkt odniesienia dla ich podmiotowości. Nie chodzi tu nawet o osobę Putina: ci ludzie oczywiście mogą negatywnie wypowiadać się o pewnych działaniach Putina; dla nich ważna jest obecność wodza jako takiego. Bez niego nie wyobrażają sobie Rosji, to znaczy – samych siebie.

M.L.: Jak, w kontekście historyczno-kulturowym, wyjaśnić pasywność Rosjan - niechęć do wychodzenia za ramy komfortu poznawczego, gwarantowanego przez media państwowe, brak inicjatywy samodzielnego poszukiwania informacji, konfrontowania jej z faktami, wg zasady: „skoro ktoś taką decyzję podjął, to zapewne wie, że tak było trzeba”, „póki kiełbasa jest smaczna, nieważne, z czego jest zrobiona”, „po co protestować, skoro i tak nic się nie zmieni?”.

A.O.: Według mnie, pasywność można wyjaśnić niedojrzałością świadomości obywatelskiej Rosjan w skali masowej. Dla większości społeczeństwa niezrozumiała jest idea odpowiedzialności za działania władzy. Usprawiedliwieniem ma być sposób myślenia, zakładający, że „polityka to brudna sprawa”. Ludzie o podmiotowości opartej na resentymencie, „watniki”, nie podejmą żadnych działań sami, ponieważ nie mają w sobie żadnej zdolności do przejawiania samodzielnej aktywności. Mogą coś zrobić, jeśli mają liderów. Lecz liderów skutecznie neutralizuje działający reżim.

I.O.: Aleksiej wyraził istotę rzeczy z perspektywy antropologicznej, a ja próbuję znaleźć prawidłowości psychologiczne. Sądzę, że życie w ZSRR nauczyło ludzi, by nikomu nie wierzyć, więc podchodzą do dzisiejszej sytuacji w ten sposób: „Nie będziemy poddawać się manipulacjom, zachowamy spokój, nie będziemy zajmować żadnego stanowiska, bo wszyscy kłamią, nie będziemy stać po niczyjej stronie, ponieważ to zawsze realizuje czyjś interes”. W związku z tym, najpopularniejsze wyjaśnienia obecnej sytuacji są następujące: „To w interesie Ameryki”, „To Ameryka wciągnęła nas w wojnę”, „To Europa zrobiła wszystko, żeby Rosja napadła na Ukrainę, ponieważ oni tam nas nie szanują”, itp.

A.O.: Chciałbym jeszcze dodać, że obecna polityka wprowadzania sankcji przeciw Rosji nie bierze pod uwagę tej specyfiki. Być może, jej twórcy mają nadzieję, że spadek poziomu życia będzie dla Rosjan impulsem do podjęcia działań na rzecz zmiany reżimu. Ale w gruncie rzeczy, ta polityka doprowadzi do wzrostu nastrojów opartych na resentymencie i żywieniu myśli o tym, że „cały świat nas nie lubi”.

M.L.: Czy są Państwo zdziwieni, że aż 70% Rosjan wspiera władze rosyjskie w obecnej sytuacji i opowiada się za wojną?

A.O.: Po pierwsze, trzeba wziąć pod uwagę, że wszyscy są w szoku. W takiej sytuacji sondaże społeczne niewiele wnoszą. Poza tym, jeśli człowiek, który nigdy się takimi rzeczami nie zajmował, styka się z tym skrajnym absurdem, potrzebuje jakiegoś wyjaśnienia. Zazwyczaj przyjmuje wtedy pierwszą lepszą (ale całościowo tłumaczącą wydarzenia) koncepcję. Nie twierdzę, że ludzi, którzy wspierają świadomie wojnę jest mało; wiem, że jest ich dużo – większość. Jako naukowiec odnoszę się jednak z dużym sceptycyzmem do stwierdzenia, że 75% Rosjan popiera wojnę. To oczywiście nie usuwa problemu, że wojnę popiera wielu Rosjan. 

Warto tu powiedzieć, jaka jest różnica między dzisiejszą sytuacją a 2014 rokiem. Aneksję Krymu rzeczywiście przyjęto wtedy z ogromnym entuzjazmem - to była szczera radość. Dziś, według moich obserwacji, ludzie są bardziej zdezorientowani, niż rozentuzjazmowani. Nawet ci, którzy zasadniczo rosyjską agresję popierają. Nie mieszkam w Rosji, ale na podstawie komentarzy w mediach społecznościowych mogę z pewnością powiedzieć, że entuzjazmu charakterystycznego dla 2014 roku nie ma.

I.O.: Na podstawie moich kontaktów i głosów w mediach społecznościowych, absolutnie nie mogę powiedzieć, że wszyscy są przeciw. Raczej większość jest za, a absolutna większość jest całkowicie zagubiona. Nie można jednak zapominać, że to wszystko było zaplanowane, że wszystkie działania władzy sukcesywnie i w przemyślany sposób do dzisiejszej sytuacji prowadziły. Władza skonstruowała narrację, którą ludzie nie tylko przyjęli, ale która przede wszystkim była im potrzebna, która odpowiadała ich oczekiwaniom. Tu oczywiste wydają się paralele z Niemcami lat 20. i 30. XX wieku. Niemcy ponieśli sromotną klęskę w I wojnie światowej i w niemieckim społeczeństwie pojawiło się poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Tak samo było z narodem rosyjskim w okresie postradzieckim. Ale ponieważ ludzie zapominają to, co złe, zapamiętali tylko, że w ZSRR było stabilnie – niestety, ludzie cenią stabilność bardziej niż wszystko inne. Kiedy po rozpadzie ZSRR pojawiła się możliwość opowiedzenia o poczuciu krzywdy i ucisku, takie głosy rzeczywiście zaczęły dominować. I na takiej narracji władze bardzo dużo ugrały. Dziś bardzo wielu ludzi szczerze wierzy, że rosyjscy wojskowi poszli wyzwalać „dzieci Donbasu”. Ludzie mówią teraz tak: „A kiedy przez 8 lat dzieci Donbasu cierpiały?”. Ja z kolei pytam: „Czy w takim razie (skoro do tej pory cierpiały dzieci w Donbasie), jest w was teraz zgoda na to, by cierpiały też inne dzieci?”. Na to pytanie nikt nie ma odpowiedzi, bo przecież nikt nie powie: „Tak, teraz chcemy, by cierpiały inne dzieci”. Ludzie stają wobec dysonansu poznawczego - ciągle myślą, że to, co robi rosyjska armia to wyzwolenie. A to jest jakaś absolutna bzdura.

A.O.: W kontekście tego argumentu dotyczącego „dzieci Donbasu” należy pamiętać, że sam problem Donbasu powstał z winy Rosji; bez udziału Rosji nie byłoby tam żadnych państw separatystycznych. Byłaby tam taka sytuacja, jak w Charkowie, w którym jest wielu rosyjskojęzycznych mieszkańców, są pewne trudności w relacjach z Ukraińcami, ale przecież tam do siebie nie strzelali.

M.L.: Popieranie polityki Kremla przez większość społeczeństwa to rezultat strachu, cynizmu czy przekonania, że takie działania są słuszne?

A.O.: Nie strachu i cynizmu – nie przeceniałbym wpływu propagandy. Przekonania o słuszności działań – też nie, ponieważ Kreml nie proponuje Rosjanom żadnej „drogi”, żadnej konkretnej strategii rozwoju kraju. Sądzę, że poparcie wynika z – reprezentowanego przez większość Rosjan – typu podmiotowości, o której mówiłem wcześniej. Podmiotowości, w której wewnętrzna instancja jest przeniesiona na zewnątrz, a jej funkcja została scedowana na wodza.

I.O.: Główna idea, na której oparta jest propaganda, to idea zwycięstwa w II wojnie światowej. Nic nowego. W ostatnim czasie dodaje się do tego wszystkie możliwe przeszłe zwycięstwa. Tu niestety bardzo negatywną rolę gra Cerkiew prawosławna - odwołuje się do Aleksandra Newskiego (żył w XIII wieku, książę Nowogrodu Wielkiego, wielki książę włodzimierski z dynastii Rurykowiczów, uznawany za świętego przez Rosyjski Kościół Prawosławny – red.), zapominając, że został on kanonizowany jako mnich, a nie jako wojownik. Ale dla ludzi jest on ważny właśnie jako wojownik. Żadnych nowych znaczeń się nie dodaje, lecz tylko ciągle eksploatuje stare obrazy, tematy, historie. Z jakiegoś powodu nikt nie przypomina I wojny światowej – może dlatego, że Rosja w niej nie zwyciężyła?

M.L.: Część intelektualistów i osób publicznych twierdzi, że, wbrew wynikom sondaży przeprowadzonych przez Centrum Lewady, Rosjanie tak naprawdę nie chcą wojny (i w związku z tym słowo „wojna” jest zakazane). Komu w takim razie wierzyć – znawcom „rosyjskiej duszy”, twierdzącym, że w rzeczywistości ludzie są mądrzejsi i bardziej moralni niż na to wskazują badania, czy tymże badaniom społecznym?
A.O.: Oczywiście, wojny nikt nie chce, ale to niczego nie mówi o stanie umysłów i moralności. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wojna odgrywa wyjątkowo ważną rolę w samoidentyfikacji Rosjan. W istocie, uczestnictwo w aktach transgresji to jedyna metoda wpływania na wzrost poczucia tożsamości w obrębie rosyjskiej tkanki społecznej. A z kolei wojna to najwyrazistszy akt transgresji, z masowymi ofiarami z ludzi. Zwycięstwo w wojnie oznacza, że siła wyższa przyjęła nasze ofiary i tym samym uprawomocniła naszą wspólnotę i naszego wodza. Porażka zaś oznacza, że bogowie się od nas odwrócili. Zdobycze terytorialne są ważne właśnie jako potwierdzenie faktu, że boskie siły nam sprzyjają. Oczywiście, to, co powiedziałem, odnosi się nie tylko do Rosji, ale do każdego kraju. W Rosji jednak wojna i wspólne uczestnictwo w składaniu ofiar z ludzi pozostaje jedynym, mniej więcej funkcjonalnym, sposobem integracji społeczeństwa. Własnych pozytywnych rozwiązań Rosja postsowiecka nie jest w stanie zaproponować. Tym samym, wojna zyskuje wydźwięk religijny. Stąd kult zwycięstwa w II wojnie światowej, i - w dużej mierze - poparcie dla obecnej inwazji na Ukrainę. Dobra wiadomość jest taka, że tę religię wyznają przede wszystkim ludzie starsi, młodzi już się jej nie poddają. Pokazują to badania statystyczne.

I.O.: To, że państwo zakazuje nazywać rzeczy po imieniu i wprowadza za to – za mówienie, że białe jest białe, a czarne jest czarne - odpowiedzialność karną, bez wątpienia wskazuje na próbę kontrolowania zarówno psychologicznego, jak i myślowego wymiaru przestrzeni społecznej. Państwo narzuca społeczeństwu swoje myślowe schematy (np. „operacja specjalna” zamiast „wojna”), żeby społeczeństwo odnosiło do tego schematu dostępne mu informacje i odbierało je we właściwy (z punktu widzenia państwa) sposób.

M.L.: Dużo się dziś mówi o wstydzie, o odpowiedzialności elit. Czy uważają Państwo, że rosyjska inteligencja powinna czuć się winna tej tragedii („za mało zrobiliśmy…”)? Co według Państwa można było zrobić, żeby uniknąć tej tragedii?

A.O.: Jak wiadomo, istnieją kultury winy i kultury wstydu. Większość Rosjan funkcjonuje w kulturze wstydu, to znaczy, że najważniejsza dla nich jest zewnętrzna ocena ich czynów przez innych ludzi. Inteligencja – a precyzyjniej, proeuropejsko zorientowana część rosyjskiego społeczeństwa – funkcjonuje w kulturze winy, której podstawą jest zdolność do wewnętrznej moralnej oceny samego siebie. Dodajmy, że odpowiedzialność może być zbiorowa, a wina jest zawsze indywidualna.
Może powiem, jak ja osobiście postrzegam tę relację. Ja, jak każdy obywatel Rosji, ponoszę część zbiorowej odpowiedzialności za wojnę przeciw Ukrainie. Uświadamiając sobie tę odpowiedzialność, czuję się winny wobec Ukraińców i staram się robić, co w mojej mocy, żeby zatrzymać tę wojnę. Natomiast wstydu przed nimi nie czuję – z tego prostego powodu, że jestem już w takim wieku, że opinia o mnie kogoś z zewnątrz mnie nie interesuje. Ważne jest dla mnie, co będą o mnie myśleć moi potomkowie, moje wnuki.

Paradoksalnie jednak, hasło „Nie czujemy wstydu” w połączeniu z „nową swastyką” – literą Z, stało się jednym z nośnych sloganów putinowskiej propagandy. To bardzo interesujące zjawisko. Z jednej strony, hasło to adresowane jest do Rosjan, którym JEST WSTYD przed Ukrainą. Co ciekawe, ten slogan odrzuca ich jako „swoich”, co dla człowieka o podmiotowości opartej na resentymencie może być czymś strasznym. Ponadto, samo hasło pokazuje, że taki wstyd istnieje i ma znaczenie, i z tego względu wzbudza strach w reżimie. Z drugiej strony, hasło to kierowane jest do całej ludzkości, ze wskazaniem, że Rosjanie nic sobie nie robią z jej opinii. W istocie, w tym działaniu dokonuje się odczłowieczenie pozostałej części ludzkości. I to jest naprawdę straszne.

I.O.: Ja nie czuję się częścią zbiorowości, która rozpoczęła i toczy wojnę w Ukrainie, nie czuję się częścią zbiorowości, która rozpoczęła i popierała wojnę w Czeczenii. Nie uważam, że jestem winna, nie uważam, że moglibyśmy coś zmienić, jeślibyśmy na większą skalę protestowali. Jeśliby w Rosji były realnie działające instytucje demokratyczne, moglibyśmy mówić o swojej winie - za swój wybór. Ale one ani wtedy nie działały, ani teraz nie działają.

A.O.: Wydaje mi się, że wstępem do obecnej tragedii stała się operacja militarna w Czeczenii, to znaczy próba utrzymania Czeczenii w granicach Rosji. Jeśli udałoby się zapobiec tej próbie, to być może powiódłby się bezkrwawy demontaż imperium. Jakieś terytoria zostałyby utracone, jakieś pozostałyby w granicach Rosji, ale ostatecznie Rosja istniałaby jako rzeczywista federacja bez ambicji imperialnych. Ale, niestety, państwo rosyjskie chciało za wszelką cenę utrzymać status imperium, a machina imperialna zbudowana jest tak, że nie może istnieć bez ekspansji. W rezultacie mamy to, co mamy.

M.L.: Jak Państwo tłumaczą fakt, że, według sondaży przeprowadzonych przez Centrum Lewady, ponad 50% Rosjan odnosi się pozytywnie do Stalina?

A.O.: Stalin jest postrzegany jako silny i skuteczny wódz. Ofiary składane przez Stalina były ogromne, ale te ofiary zostały przyjęte przez siłę wyższą (o czym świadczy przyrost terytorium ZSRR i pojawienie się państw – satelitów). To legitymizuje go w oczach wielu Rosjan.

M.L.: Polski filozof, Leszek Kołakowski, tak określił istotę kultury europejskiej: jej najbardziej swoistą cechą jest samokrytycyzm – umiejętność podania w wątpliwość swoich podstawowych przekonań i zasad, zdolność przyznania się do winy oraz świadomość swoich słabych stron. Wydaje się, że dla Rosji takie podejście jest niedostępne, ponieważ od razu jest traktowane jak zdrada. Czy tak? Jeśli tak – dlaczego?

A.O.: Absolutnie tak! Ta dominująca w Rosji podmiotowość, oparta na resentymencie, wyklucza refleksję, spojrzenie na siebie z zewnątrz. Po prostu dlatego, że w takim podmiocie nie ma tego, co nazywa się „samością” – jej miejsce zajmuje aprobata ze strony wodza. Naoczny przykład: według oficjalnej wersji, Rosja wprowadziła wojska na Ukrainę, żeby obronić bratni naród przed „reżimem nazistowskim”. To oczywiste odniesienie do II wojny światowej. Ale przy tym, ludzie podzielający takie wyobrażenie o toczącej się wojnie, absolutnie nie są w stanie zrozumieć, że w oczach świata to właśnie oni, a nie Ukraińcy, kojarzą się z nazistami. Przy czym ową niezdolność do zrozumienia tej sytuacji można zaobserwować nawet u intelektualistów, popierających tę wojnę. Zetknąłem się z tym niejednokrotnie i na początku nie mogłem w to uwierzyć. Ale tak właśnie jest.

Refleksja – jak i każdy przejaw własnej podmiotowości – jest postrzegana jako zdrada. Ten, kto myśli i krytykuje samego siebie, robi to, co zarezerwowane jest dla wodza. To nie jest przejaw wierności wodzowi i wierności Rosji. To oczywista zdrada.

I.O.: Swego czasu mieliśmy dużo znajomych wojskowych – pewien człowiek, Siergiej, był zastępcą dowódcy ds. politycznych - odpowiadał za lojalność, polityczne przygotowanie żołnierzy. Siergiej był bardzo mądrym człowiekiem - potrafił myśleć krytycznie w obrębie najróżniejszych dziedzin i tematów, ale jak tylko zaczynała się rozmowa o armii, natychmiast „coś mu się przestawiało” i zaczynał być kimś innym. Mówił: „To wszystko tak właśnie ma być”, „To wszystko jest właściwe…” Odnosi się to również do dzisiejszej sytuacji: to, co się teraz dzieje, ludzie usprawiedliwiają „dziećmi Donbasu”. Mogą wprawdzie narzekać, że „ceny idą w górę, benzyna drożeje, wszyscy są złodziejami”, ale gdy przyjdzie do oceny wojennych działań rządu, uważają je za jak najbardziej słuszne.

M.L.: Czy Rosjanie nie zauważają, że stanowisko Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej przeczy zasadom chrześcijaństwa?

A.O.: Sądzę, że znakomitej większości Rosjan ten temat jest całkowicie obojętny. Uczęszczających do cerkwi Rosjan jest mniej niż 10%, spośród nich niewielu rozmyśla na podobne tematy. 

I.O.: Trudno o tym mówić, ponieważ nie jest to niestety tylko stanowisko oficjalne, ale i stanowisko dużej części ludzi wierzących – tzn. zarówno kleru, jak i ludzi świeckich. Zacznijmy od tego, że w ZSRR Cerkiew była prześladowana – była niejako poza nawiasem normalnego społecznego życia. To pozwoliło jej pozostać moralnym autorytetem, także dla ateistycznie nastawionej części społeczeństwa. Nawet jeśli poszczególni jej członkowie nie sprzeciwiali się państwu, to jednak państwo przeciwstawiało Cerkiew sobie. Innymi słowy, Cerkiew zawsze była opozycją w czasach ZSRR. A obecna władza… 
Muszę zaznaczyć, że ja nigdzie nie piszę, nie wypowiadam się w takich ostrych słowach [jak poniżej – M.L.], nie chcąc obrazić swoich przyjaciół i znajomych, obawiam się jednak, że czas delikatnych słów już minął… 

W rzeczywistości, państwo traktuje Cerkiew jak sprzedajną dziewkę. Wykorzystuje ją dla realizacji swoich celów. I Cerkiew się na to godzi. Dlaczego? - trudno powiedzieć. W Kościele zawsze są dwie składowe: pierwiastek boski i ludzki. Boska składowa jest niezmienna, nie będę się do niej odnosić. To człowiek jest źródłem całego chaosu. Wszystko, co mówiliśmy do tej pory o rosyjskim społeczeństwie, stosuje się i do jego części związanej z Cerkwią. Oczywiście, jest pewna, nieduża, część cerkiewnej społeczności, która się sprzeciwia oficjalnemu punktowi widzenia, jednak w kręgach cerkiewnych dominuje bardzo dziś popularna i, zdaje się, bliska obecnemu patriarsze, idea symfonii Kościoła i państwa. Już we wczesnych wypowiedziach patriarchy Cyryla można dostrzec, że od początku skłaniał się on ku systemowi bizantyjskiemu. Oczywiście: jeśli państwo byłoby idealne – obojętne, czy byłaby to monarchia, czy demokracja – to idea ta mogłaby być z powodzeniem stosowana. W naszym przypadku jednak, kiedy państwo nie trzyma się żadnych zasad – ani chrześcijańskich, ani demokratycznych - idea ta nie jest uzasadniona. Państwo dokonuje destrukcji Kościoła. Jednak wielu ludziom ze środowisk cerkiewnych bardzo imponuje idea silnej władzy, silnej ręki, silnego przywódcy. I dlatego obserwujemy wybuch popularności takich antypatycznych duchownych, jak ojciec Andriej Tkaczow. To jest właśnie przejaw pragnienia twardej ręki: jeśli mówią mi, co mam robić, to nie ponoszę za to żadnej odpowiedzialności. Wypełniam tylko to, co mówi mi duchowny. A przecież nigdy prawdziwi duchowni – starcy – nie narzucali niczego wiernym, nie zastępowali ludzkiej wolności, w odróżnieniu od obecnych działaczy Cerkwi. Kiedy starzec odpowiada na pytanie wiernego zdaniem: „W Ewangelii wszystko jest powiedziane”, to człowiek musi podjąć wysiłek: pracować, myśleć, modlić się. To jest praca i odpowiedzialność, której ludzie nie chcą. Chcą natomiast kogoś, kto przychodzi i mówi: „to jest właściwe, a to nie”. 

Cerkiew jest w bardzo wysokim stopniu odpowiedzialna za obecną sytuację, ponieważ gloryfikacja pierwiastka narodowego i wojennego jest w niej na wielką skalę rozwijana. Skutkiem tego jest fakt, że ludzie przestali postrzegać działania wojenne jako niewłaściwe, przestali uznawać zabójstwo za grzech. Oni je usprawiedliwiają, mówiąc: „no przecież nie można było inaczej, my nie atakujemy, lecz się bronimy”. I nie chcą dostrzec tego, że Bóg wie kiedy, ale granice samoobrony dawno zostały przekroczone – „Przecież to nie jest wojna, tylko operacja specjalna”. 

29 grudnia poprzedniego roku, Patriarchat Moskiewski ogłosił utworzenie egzarchatu na cudzym kanonicznym terytorium. Patriarchat Moskiewski stwierdził, że skoro patriarcha aleksandryjski poparł rozłam Kościoła prawosławnego, to trzeba zająć jego terytorium (Rosyjski Kościół Prawosławny, decyzją z 29.12.2021. przyjął pod swoją jurysdykcję cały kontynent afrykański, należący do tej pory do Patriarchatu Aleksandrii, dopuszczając się pogwałcenia zasady terytorium kanonicznego. Decyzja ta została podjęta po tym, jak patriarcha aleksandryjski, Teodor II, uznał w 2019 roku autokefalię Prawosławnego Kościoła Ukrainy. W ramach nowego egzarchatu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego utworzono dwie eparchie – ze stolicą w Kairze i w Johannesburgu – M.L.). Ta wiadomość mnie całkowicie rozstroiła, ponieważ okazało się, że Rosja zaczyna nam - tym, którzy z niej uciekli - deptać po piętach. I nie mam tu na myśli rosyjskiej kultury, ale tę demoniczną istotę, która dopada cię nawet na drugim krańcu ziemi i która chce wszystko zawłaszczyć.

M.L.: Jaka koncepcja prawdy dominuje w Rosji?

A.O.: Na ten temat napisałem tekst (tekst dostępny na portalu Facebook - red.). Czym jest dla nas prawda? Na pierwszy rzut oka prawda to odpowiedniość między faktami a wypowiedziami. Dlaczego fakty są ważne? Ponieważ pozwalają odróżnić twierdzenia fałszywe od prawdziwych. I jeśli jesteśmy racjonalnymi podmiotami, to uznanie jawnego fałszu za prawdę jest zdradą naszego rozumu, czyli – samych siebie. Ludzie o podmiotowości opartej na resentymencie podobnych problemów nie mają. Nie istnieje dla nich wewnętrzny związek między faktami, myślami i słowami. Osobiście nie dostrzegają żadnego problemu, gdy wypowiedzi przeczą faktom. Zadanie odróżniania prawdy od fałszu przenieśli na wodza. Wódz, według nich, ma zawsze rację. Wiele ruchów społecznych w Rosji ostatnich lat rozwijało się jako sprzeciw wobec tej koncepcji prawdy. Na przykład, w kwestii fałszowania wyborów.

M.L.: Ludzie kultury – wyraźnie i odważnie wyrażający swoje antywojenne, głęboko humanistyczne stanowisko – budzą podziw. Jak Państwo myślą, czy mogą oni cokolwiek swoimi wystąpieniami zmienić?

A.O.: Bez wątpienia! Przede wszystkim dlatego, że pokazują innym rozsądnym ludziom, że nie są sami. Oprócz tego, sprzeciwiają się kremlowskiej propagandzie, która próbuje narzucić Rosjanom obraz masowego poparcia dla wojny przeciw Ukrainie. To jest teraz bardzo ważne. Nie przypadkiem antywojenne wystąpienia (a nawet wypowiedzi) zostały uznane w Rosji za przestępstwo. Reżim rzeczywiście się ich boi.

M.L.: W kontekście odejścia Eleny Kowalskiej ze stanowiska dyrektora teatru Centrum im. Meyerholda – czy Państwa zdaniem, większą korzyść rosyjskiemu społeczeństwu przyniosłoby pozostanie pani dyrektor na stanowisku, po to, by „robić swoje” – rozwijać świadomość odbiorców i uczyć widzów myśleć krytycznie, czy też – w wyniku takiej spektakularnej decyzji – korzystniejsze było wyrażenie swojego fundamentalnego stanowiska?

A.O.: Nie mam tu jednoznacznej odpowiedzi. Zrozumiałe są dla mnie motywy Eleny Kowalskiej i solidaryzuję się z nią. Ja na przykład zachowałem stanowisko w Instytucie Botaniki w Sankt-Petersburgu i nie planuję z własnej woli z niego rezygnować. Uważam, że w obecnej sytuacji mogę pomóc rosyjskim kolegom utrzymać kontakty z zagranicznymi naukowcami. To ważne, ponieważ rosyjskie środowisko naukowe – to wysepka zdrowej tkanki społecznej w obumierającym społeczeństwie rosyjskim. Świadczy o tym na przykład 8000 podpisów rosyjskich naukowców pod antywojennym listem, który pojawił się już w pierwszym dniu wojny. Spośród tych 8000 podpisów, znakomita większość mieszka i pracuje w Rosji, więc ten krok wymagał od nich wielkiego męstwa. Nie widzę powodów, dla których miałbym zrywać z nimi kontakty.

M.L.: Gdzie według Państwa należy szukać prawdziwej Rosji (jeśli w ogóle możemy patrzeć na nią w sposób esencjalny)?

A.O.: Nigdzie! Nie ma żadnej „prawdziwej Rosji”, ponieważ Rosja już dawno nie tworzy żadnych oryginalnych i ontologicznie ugruntowanych pozytywnych sensów. „Prawdziwa Rosja” to niebezpieczny fantom, a jego poszukiwanie odwraca ludzi od rzeczywiście ważnej sprawy: uprawiania i gospodarowania na tej ziemi, na której żyją. „Uprawiania” w najszerszym sensie tego słowa, oczywiście. Wszak łacińskie słowo „cultura” oznacza „uprawę”.

Irina Oskolska – magister historii (Sankt-Petersburski Uniwersytet Państwowy); zajmuje się historią rosyjskiej Cerkwi.

Aleksiej Oskolski – dr hab. biologii (Instytut Botaniki im. W.L. Komarowa; Rosyjska Akademia Nauk), wykładowa Uniwersytetu w Johannesburgu.

Zdjęcia

  • miniatura Unsplash.com,
  • zdjęcie w tekście: prywatne materiały pp. Oskolskich.
Polecamy również
Aerodynamika Pegaza, czyli jak uczyć pisania
Aerodynamika Pegaza, czyli jak uczyć pisania
Reakcje społeczeństwa rosyjskiego na inwazję Rosji na Ukrainę
Reakcje społeczeństwa rosyjskiego na inwazję Rosji na Ukrainę
Orbán po raz piąty
Orbán po raz piąty
Politolog z UJ: milczenie Grupy Wyszehradzkiej w sprawie rosyjskiej agresji źle wróży dla przyszłości organizacji
Politolog z UJ: milczenie Grupy Wyszehradzkiej w sprawie rosyjskiej agresji źle wróży dla przyszłości organizacji