Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nauki humanistyczne i społeczne

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Przeprowadzka Ani? O najnowszym polskim tłumaczeniu "Anne of Green Gables" L.M. Montgomery

Przeprowadzka Ani? O najnowszym polskim tłumaczeniu "Anne of Green Gables" L.M. Montgomery

Ukazanie się nowego przekładu powieści "Anne of Green Gables" L.M. Montgomery, znanej polskim czytelnikom pod tytułem "Ania z Zielonego Wzgórza", wzbudziło wiele kontrowersji. Co ciekawe, a jednocześnie charakterystyczne dla współczesnego odbioru literatury oraz dla miejsca powieści kanadyjskiej pisarki w sercach Polaków, dyskusja toczy się w większości nie na uniwersytetach, a w mediach społecznościowych, gdzie słyszalne są głosy „zwykłych" czytelników, zaś przede wszystkim – czytelniczek.

mgr Dorota Pielorz, Wydział Polonistyki UJ

 

Przypomnijmy, że najnowsza „polska Ania”… wcale nie nazywa się Ania! Tłumaczka Anna Bańkowska zdecydowała się bowiem nadać swojej wersji tytuł Anne z Zielonych Szczytów. Skąd ta decyzja? Dlaczego wzbudza aż tak wiele emocji? Nie sposób odpowiedzieć na te pytania, nie odwołując się do istniejących wcześniej polskich tłumaczeń najpopularniejszej książki Montgomery. Aby więc poznać tradycję, w jaką wpisuje się nowy przekład, warto przyjrzeć się nieco bliżej dotychczasowej recepcji powieści kanadyjskiej pisarki w naszym kraju.

Niezwykła kariera polskiej Ani…

Wszystko zaczęło się na przełomie 1911 i 1912 roku. Wówczas, zaledwie trzy lata po wydaniu Anne of Green Gables, spod pióra Rozalii Bernsteinowej wyszedł pierwszy polski przekład tego utworu, zatytułowany Ania z Zielonego Wzgórza. Książka od razu zyskała wielką popularność, która trwa do dzisiaj. Przez kilkadziesiąt lat sentymentalne, poetyckie i uładzone tłumaczenie Bernsteinowej było jedyną wersją powieści istniejącą na naszym rynku wydawniczym. Trudno się zatem dziwić, że większość polskich czytelników kojarzy Anię… jako romantyczną czy wręcz ckliwą „powieść dla panienek”.  Dopiero na przełomie XX i XXI wieku rynek wydawniczy został zasypany nowymi tłumaczeniami, rożnego rodzaju adaptacjami, a także wydaniami innych tekstów Montgomery. Tendencja była na tyle silna, że mówiono nawet o „festiwalu kanadyjskiej pisarki”. Natomiast w ostatnich latach kultowa powieść zyskuje coraz większą popularność również jako przedmiot badań naukowych – w naszym kraju (w ślad za anglojęzycznym literaturoznawstwem) rozwija się krytyczna lektura oraz analiza twórczości autorki Anne of Green Gables. W sumie dotychczas ukazało się kilkanaście polskich przekładów utworu – mało która książka, zwłaszcza adresowana do niedorosłych czytelników, może się poszczycić tak rozbudowanym zbiorem tłumaczeń. Warto dodać, że w żadnej z poprzednich „polskich Ań” nie odważono się zmienić zaproponowanej przez Bernsteinową wersji tytułu, od dawna funkcjonującej w rodzimej tradycji i „uświęconej” entuzjastycznym odbiorem kilku pokoleń wiernych czytelniczek.

Gdzie mieszkała Anne?

Na tym tle inność najnowszego tłumaczenia Anny Bańkowskiej jest widoczna już na pierwszy rzut oka. Wydaje się, że jej Anne… to efekt wspomnianego wyżej rozwoju akademickiego namysłu nad twórczością kanadyjskiej autorki. Decyzje tłumaczki – chociaż budzą zdziwienie bądź nawet opór odbiorców – zgadzają się z przyjętą przez nią strategią maksymalnego przybliżenia książki do oryginału.

Otóż występujące w tytule Anne of Green Gables angielskie słowo gable nie jest odpowiednikiem polskiego „wzgórza”, oznacza raczej „ścianę szczytową” czy po prostu „szczyt”.

Pierwsza i najważniejsza kontrowersja to oczywiście tytuł i nurtujące czytelników nieznających oryginału pytania: „Skąd się wzięły te szczyty?”, „Gdzie się podziało Zielone Wzgórze?”. Otóż występujące w tytule Anne of Green Gables angielskie słowo gable nie jest odpowiednikiem polskiego „wzgórza”, oznacza raczej „ścianę szczytową” czy po prostu „szczyt”. Chodzi o element architektoniczny charakterystyczny dla budownictwa Wyspy Księcia Edwarda – kanadyjskiego regionu, w którym mieszka bohaterka. Tytułowe Green Gables można więc spolszczyć właśnie jako „Zielone Szczyty”. Warto dodać, że „Zielone Wzgórze”, które na stałe zadomowiło się w polskiej recepcji utworu, Bernsteinowa zaczerpnęła prawdopodobnie z tłumaczenia szwedzkiego, na którym się wzorowała. Dokonany przez Karin Jensen przekład powieści kanadyjskiej pisarki, który ukazał się już w roku 1909, został nazwany Anne på Grönkulla. „Kulla” to po prostu „wzgórze” (zgodnie z zasadami pisowni z początku XX wieku; obecnie pisze się „kulle”), toteż szwedzki tytuł oznacza dokładnie to samo, co Ania z Zielonego Wzgórza, nie zaś Anne of Green Gables. Ta sentymentalna, choć nie do końca zgodna z oryginałem nazwa okazała się znakiem rozpoznawczym tekstu, dlatego wprowadzona przez Annę Bańskowską zmiana nazwy miejsca zamieszkania bohaterki na „Zielone Szczyty” jest tak żywo dyskutowana. W podobny sposób można analizować inne podobieństwa i różnice między najnowszym a poprzednimi polskimi tłumaczeniami słynnej powieści. Wówczas stanie się jasne, że wiele modyfikacji budzi opór właśnie dlatego, że kwestionuje utrwalony w naszym kraju wizerunek bohaterki oraz całego utworu. Należy jednak podkreślić, że zastosowane rozwiązania przesuwają polską wersję powieści w kierunku oryginału – zgodnie zresztą z zamierzeniem samej autorki przekładu.

Ocalić nazwy… i wspomnienia

Postronni, niezaangażowani w spór obserwatorzy, mogą być nieco zdezorientowani i uznawać go za burzę w szklance wody (wierni czytelnicy na pewno dostrzegą tutaj aluzję do jednego z rozdziałów powieści; spieszę uspokoić – akurat to wyrażenie pozostało w najnowszym tłumaczeniu niezmienione). Jednak, o czym dobrze wiedzą badacze, a „zwykli czytelnicy” przeważnie wyczuwają intuicyjnie, sprawa jest bardziej doniosła. Kiedy mówi się o recepcji (odbiorze) utworu, zwłaszcza w odniesieniu do literatury dziecięcej i młodzieżowej, trzeba wziąć pod uwagę nie tylko treść książki, ale również całe uniwersum dzieciństwa, które ona przywołuje – szereg wspomnień, nieraz pierwszych doświadczeń lekturowych, literackich spotkań kształtujących charakter, wiedzę o świecie i gust czytelniczy. W takim odbiorze nawet pozornie drobne elementy mogą mieć ogromne znaczenie.

Zmiana imienia, nazw charakterystycznych miejsc czy używanego przez postaci języka jest nierzadko postrzegana jako zamach na wyidealizowany „kraj lat dziecinnych”.

Zmiana imienia, nazw charakterystycznych miejsc czy używanego przez postaci języka jest nierzadko postrzegana jako zamach na wyidealizowany „kraj lat dziecinnych”. Właśnie dlatego najnowsze tłumaczenie – podobnie jak każde poprzednie w jakikolwiek sposób odbiegające od kanonicznego przekładu autorstwa Bernsteinowej – spotyka się czasem z głosami oburzonych czytelniczek, które z emfazą godną samej Anne Shirley deklarują, że na zawsze pozostaną wierne wersji, w której po raz pierwszy zapoznały się z ukochaną lekturą (najczęściej chodzi  o wspomniane już kilkukrotnie pierwsze polskie tłumaczenie). Trudno się dziwić takiej postawie, zresztą sama tłumaczka nieraz deklarowała, iż jest świadoma tego, jakie znaczenie ma wykonywany przez nią gest zerwania z tradycją.

Wszystko, co nowe, inne, niezwykłe, potrzebuje czasu. Z najnowszym polskim tłumaczeniem najbardziej znanej powieści L.M. Montgomery, jak z każdą inną zmianą, trzeba się zatem oswoić. Uważam jednak, że warto dać tłumaczce (i sobie) szansę na dopisanie nowego rozdziału do polskich dziejów Anne.

 

---

Grafika: okładka wydania "Anne z Zielonych Szczytów" Wydawnictwa Marginesy

Polecamy również
„Za pięć dwunasta koniec świata. Kryzys klimatyczno-ekologiczny głosem wielu nauk”
„Za pięć dwunasta koniec świata. Kryzys klimatyczno-ekologiczny głosem wielu nauk”
Czy statystyka rzeczywiście kłamie?
Czy statystyka rzeczywiście kłamie?
„Krakowskie Potwory” okiem specjalisty
„Krakowskie Potwory” okiem specjalisty
Żywnościowe konstelacje [grafika interaktywna]
Żywnościowe konstelacje [grafika interaktywna]