Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Nawigacja Nawigacja

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Wszawica – czy aby na pewno choroba biedy i brudu?

Wszawica – czy aby na pewno choroba biedy i brudu?

Wraz z rozpoczęciem każdego nowego roku szkolnego, jak bumerang powraca informacja o wykryciu znacznej liczby przypadków wszawicy. Wydawać by się mogło, że – w skutek postępu cywilizacyjnego, znacznej poprawy warunków życiowych i wielkiego skoku rozwoju nauki – choroby zakaźne i pasożytnicze na trwałe zostały przeniesione na pożółkłe karty historii. Skąd więc biorą się niepokojące statystyki co rusz odnotowujące alarmująco wysoki odsetek przypadków wszawicy w Polsce?

XX wiek przyniósł z dawna oczekiwany spektakularny spadek zapadalności na szereg chorób zakaźnych i pasożytniczych. Poprawa warunków sanitarnych, postęp cywilizacyjny oraz rozwój medycyny w ogromny sposób przyczyniły się do zmiany proporcji występowania chorób zakaźnych w stosunku do pozostałych śmiertelnych schorzeń. Dzisiaj w Polsce z powodu tych pierwszych umiera tylko mniej niż 1% ogółu, zaś choroby układu krążenia, nowotwory i śmierć z przyczyn zewnętrznych łącznie stanowią aż 80% wszystkich przyczyn zgonów. Prawda jest taka, że wcześniej w znacznej mierze tego typu dolegliwości nie miały szans się „ujawnić” – choroby zakaźne i pasożytnicze wywoływały epidemie, dziesiątkujące grupy i społeczeństwa dużo szybciej i skuteczniej, wygrywały więc z nimi w przedbiegach. Zmiana stosunku zachorowań nie powinna więc nikogo dziwić.

Jednak, mimo globalnych tendencji, niektóre wskaźniki zapadalności na pewne choroby zakaźne bądź pasożytnicze mogą wzbudzać niepokój. Takim właśnie przypadkiem jest wszawica wywoływana pasożytami wszy głowowej. Do 2008 roku, czyli do momentu, kiedy zakończono gromadzić dane Narodowego Instytutu Zdrowia – Polskiego Zakładu Higieny, corocznie notowano wyższą zapadalność na wszawicę. Dzisiaj, ponad 10 lat później, pomimo braku oficjalnych danych od służb sanitarnych, wiemy, że problem ten wciąż istnieje. Dlaczego – pomimo dobrej sytuacji sanitarnej w Polsce i wysokiej dostępności środków zwalczających wszy – wszawica nadal ma się całkiem dobrze?

W oparciu o analizę przedstawioną przez dr Magdalenę Kozelę z Katedry Epidemiologii i Badań Populacyjnych CM UJ opublikowaną na Blogu Instytutu Zdrowia Publicznego CM UJ przyjrzyjmy się bliżej nieustannie powracającemu problemowi nękających wszy głowowych.

Wierny towarzysz człowieka

Przede wszystkim najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czym jest wszawica głowowa. Są to zmiany skórne powodowane przez ukąszenia wszy – stawonogów, pasożytujących na głowie (Pediculus humanus capitis). Wesz ludzka mająca stały dostęp do krwi, może przeżyć ok. miesiąc. W ciągu tego czasu składa nawet 200 jaj. Bez dostępu do pożywienia, umiera średnio po 36 godzinach. W miejscach ukąszeń, odczuwa się bardzo silny, nieprzyjemny świąd, przypominający wbijanie w skórę gorących igiełek. W wyniku drapania tych miejsc, powstają charakterystyczne ranki, tzw. przeczosy, a także – w cięższych przypadkach – nadżerki pokryte strupami. Efektem może być wtórne nadkażanie skóry głowy innymi drobnoustrojami.

Współczynnik zapadalności na wszawicę (na 100 000 mieszkańców) w Polsce wg NIZP-PZH.

Opracowanie: dr Magdalena Kozela.

Wesz nie tylko towarzyszy człowiekowi od początku jego istnienia. Prawdopodobnie istniała na świecie długo przed tym, zanim ewolucja „wyodrębniła” gatunek Homo sapiens. Najstarsze zachowane skamieniałości gnid, czyli jaj wszy, znajdujących się na włosach ssaków pochodzą z eoceńskiego bursztynu bałtyckiego. Skoro więc człowiek od samego początku był gospodarzem tych pasożytów, skąd wzięło się przekonanie, że mają one ścisły związek z niską kulturą higieny, najczęściej łączoną z biedą? W minionych stuleciach stan medycyny pozostawał na bardzo ograniczonym poziomie, w wyniku czego stale wybuchały epidemie groźnych chorób. Te, przenoszone przez wszy, czyli m.in. tyfus plamisty, dżuma czy dur powrotny powodowały śmierć tysięcy ludzi. Były to tzw. „choroby brudnych rąk”, a więc wystarczył jeden nosiciel, który nie przywiązywał wagi do higieny aby czynnik zakaźny bardzo szybko rozprzestrzenił się wśród pozostałych. Już w XX wieku Arkadiusz Antoni Puławski, polski lekarz internista, w wydanej po pierwszej wojnie światowej publikacji (Walka z chorobami zaraźliwymi, wyd. 1918) pisał: „jeden chory człowiek zaraża setki zdrowych”. Jako że wszy stale towarzyszyły żołnierzom na frontach, biednym dzielnicom, cierpiącym z głodu bezdomnym i powojennym zgliszczom, niejako przyklejono do nich łatkę pasożytów należących właśnie do tych sfer. Z czasem, większość chorób przenoszonych przez wszy, została wyeliminowana. One same wciąż jednak istniały i pozostały – tak, jak miliony lat temu – wiernym żywicielem ludzkiej krwi, tym razem jedynie z tym „bonusem”, że nie przenosiły już groźnych chorób.

Zwolnienie na wszy

Ile tak naprawdę dzisiaj notuje się przypadków wszawicy? Tego do końca nie wiemy. W 2008 roku – ze względu na stwierdzenie braku przenoszenia przez wszy niebezpiecznych chorób została ona skreślona z wykazu chorób zakaźnych podlegających rejestracji. Nie ma więc obowiązku zgłaszania przypadków wszawicy do Państwowej Inspekcji Sanitarnej. W związku z tym, skala problemu może być jedynie szacowana na podstawie doniesień medialnych, wielkości popytu na środki zwalczające wszy oraz indywidualnych badań ankietowych przeprowadzanych przez kompetentne jednostki. W 2012 roku badanie przeprowadzone w niespełna 900 placówkach oświatowych wykazało, że aż 45% dzieci zetknęło się z wszawicą!

Problem jednak w tym, że ze względu na to, że nie figuruje ona w wykazie chorób zakaźnych podlegających zgłoszeniu, dziecko, u którego stwierdzono wszawicę nie może zostać wstrzymane od uczęszczania do szkoły bądź przedszkola. To, czy zostanie ono w domu do czasu usunięcia pasożytów, zależy tylko i wyłącznie od decyzji rodziców lub opiekunów, a decyzja ta wymaga od nich dojrzałości, rozsądku i pełnego zrozumienia problemu.

Uwaga, nie golić!

Niestety, w walce z wszawicą nie pomaga nieustanne stereotypowe myślenie o niej jako o chorobie charakterystycznej dla biedy i słabej higieny. Co prawda, wyniki badań naukowych wskazują na to, że częstotliwość występowania wszawicy jest większa na obszarach wiejskich. Jednak w myśl podstawowej zasady epidemiologii chorób zakaźnych warto przede wszystkim mieć na uwadze to, że zapadalność w populacji zależy od liczby osób chorujących w niej. A więc, im więcej chorych, tym większe ryzyko dla zdrowych, bez względu na ich pozycję społeczno-ekonomiczną, płeć, miejsce zamieszkania i dbałość o codzienne zabiegi higieniczne. Jedynym zależnym czynnikiem jest tu tylko intensywność kontaktu, a ta w skupiskach dzieci, takich jak szkoła i przedszkole, jest zwykle bardzo wysoka.

Brak świadomości i niedoinformowanie są dzisiaj głównymi zagrożeniami wobec rozprzestrzenienia się wszawicy. Co więcej, w wyniku ciągłego traktowania jej jako wstydliwej dolegliwości, pewne badania wykazały nawet, że ma ona więcej niekorzystnych efektów dla zdrowia psychicznego, niż fizycznego! W celu uniknięcia społecznej stygmatyzacji, problem jest tuszowany i bagatelizowany. Powielanie fałszywych informacji o rzekomej konieczności ogolenia głowy, jest dodatkowym czynnikiem działającym na niekorzyść. W rzeczywistości, biorąc pod uwagę aktualny stan wiedzy, trzeba jednoznacznie stwierdzić i podkreślić, że zabieg ten przy stwierdzeniu występowania problemu wszawicy jest wysoce niewskazany – może on bowiem spowodować niewidoczne mikro-uszkodzenia skóry, które w rezultacie mogą prowadzić do dodatkowych zakażeń, a w konsekwencji wydłużać czas leczenia.

Odpowiedzialność za tę chorobę i jej rozprzestrzenianie się stoi więc w znaczniej mierze po stronie rodziców i opiekunów. Aby miała ona odpowiednią wagę, wymaga postawy piętnującej stygmatyzowanie osób chorych oraz świadomości, że tylko i wyłącznie pełna informacja i mobilizacja może przyczynić się do wyczekiwanej przez wszystkich zmiany rosnącego trendu zapadalności na wszawicę, która dzisiaj – ani społecznie, ani klinicznie – nie jest już traktowana w taki sposób, jak jeszcze sto lat temu.

Grafika - źródło: Główny Inspektor Sanitarny

--------------------

Ciekawe? Przeczytaj także:

Polecamy również
Im dalej w las, tym mniej drzew – konsekwencje wylesiania Ziemi
Czy czeka nas kryzys żywnościowy?
Alicja po drugiej stronie lustra
Rośliny (nie)przyjazne pszczołom