Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Nawigacja Nawigacja

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Twórcza mobilność - wywiad z prof. Grażyną Jasieńską, zapowiedź książki "Z naukowcami o nauce"

Twórcza mobilność - wywiad z prof. Grażyną Jasieńską, zapowiedź książki

"Uniwersytet powinien być źródłem edukacji ogólnej, a nie początkiem kariery zawodowej. Powinien otwierać klapki w głowie..." - podkreśla biolog, prof. Grażyna Jasieńska.

Wywiad z prof. Jasieńską jest ostatnią zapowiedzią książki "Z naukowcami o nauce". Premierę anonsujemy na koniec marca! W tej publikacji swe doświadczenia i opinie przedstawia prawie czterdziestu naukowców z UJ. Pytamy ich między innymi o: trudności i radości na drodze do realizacji naukowych pasji; sens popularyzacji nauki i jej obecności w debacie publicznej; kolegów, przełożonych i studentów; najważniejsze cechy sprzyjające pracy naukowej, wymarzoną uczelnię przyszłości i wiele innych aspektów "bycia naukowcem". Wydawcą ksiażki jest Dział Promocji i Informacji UJ.

Dotychczas na stronie www.nauka.uj.edu.pl ukazały się wywiady z biologami:  prof. Ryszardem Laskowskim i dr hab. Justyną Drukałą, antropologiem kulturowym prof. Arnoldem Lebeufem oraz profesor nauk medycznych - Anettą Undas.

Więcej o nauce?! Dołącz do profilu strony. www NAUKA.uj.edu.pl na Facebooku 

Twórcza mobilność

Wysłuchała i opracowała Justyna Jaskulska-Schab

Prof. Grażyna Jasieńska: Myślę, że wrogiem znaczących odkryć jest zbyt ścisła specjalizacja. Bez wnikania w zagadnienia wywodzące się choćby z dziedzin pokrewnych trudno jest mieć odkrywcze pomysły. Interdyscyplinarność wymaga wysiłku, ale jestem przekonana, że jest to wysiłek, który może się przełożyć na uprawianie ciekawszej nauki.

Być wyspecjalizowanym czy nie? To niewątpliwie zależy od osobowości badacza i od dziedziny. Te z nich, które są mocno związane z praktyką, wymagają większej specjalizacji niż na przykład moja praca naukowa, gdzie trudno mi nawet jednoznacznie określić, od czego jestem specjalistką. Dla mnie zajmowanie się tym samym przez więcej niż kilka lat staje się nudne. Ile razy można słuchać siebie samej mówiącej o tych samych zagadnieniach na konferencjach i wykładach? Niestety w Polsce istnieje jakiś rodzaj presji, by się wąsko specjalizować, bo jest to pomocne w robieniu tak zwanej kariery naukowej. Choćby po to, by na przykład do habilitacji wykazać, że dorobek naukowy jest spójny. Właściwie dlaczego? Co z tej spójności wynika?

Przez przypadek Harvard

W szkole średniej interesowała mnie biologia, ale nie na tyle, by myśleć o zostaniu naukowcem. Studia biologiczne były sporym rozczarowaniem, bo w zasadzie na zajęciach przedstawiano wiedzę faktograficzną i takiej wiedzy wymagano od studenta, czyli… uczenia się na pamięć.

Studia przetrwałam dzięki kilku wykładowcom. Prof. Adam Łomnicki organizował w poniedziałki o godzinie 18 seminaria dla swoich magistrantów. Nie byłam jego studentką, ale seminaria były otwarte dla wszystkich, a dla mnie były otwarciem oczu na prawdziwą biologię – taką, gdzie dyskutuje się o fascynujących zagadnieniach, zamiast podawania faktów o tym, jak coś jest zbudowane albo jak się nazywa. Pracę magisterską pisałam pod kierunkiem nieżyjącego już prof. Jana Rafińskiego, który był człowiekiem prawdziwie renesansowym, humanistą i przyrodnikiem. Wyprawy z nim w Beskidy były przeżyciem, znał chyba wszystkie gatunki roślin i zwierząt oraz, co ważniejsze, wiedział, dlaczego powinno się je znać.

Moje studia doktoranckie na Harvardzie zaczęły się trochę przez przypadek. Przyjechałam tam do męża, biorąc ze sobą naszego ośmiomiesięcznego syna. W piaskownicy, w której wspólnie bawiły się nasze dzieci, poznałam Petera Ellisona, profesora w departamencie antropologii biologicznej. Zaprosił mnie on do odwiedzenia laboratorium, w którym pracował ze swoim zespołem. Potem zaczęłam pracować w laboratorium jako wolontariuszka, chodziłam na cotygodniowe seminaria zespołu, złożyłam papiery na studia doktoranckie i zostałam przyjęta. Tak się zaczęła moja przygoda naukowa.

Spajanie wiedzy

Interesuje mnie zdrowie, ale nie jestem lekarzem. Jestem biologiem ewolucyjnym, na zdrowie patrzę z perspektywy ewolucyjnej. Dziedziny, którezajmują się ewolucyjnym podejściem do zdrowia, to medycyna ewolucyjna i zdrowie publiczne w kontekście ewolucji. Obie te dziedziny są mało znane w Polsce. Rozwijamy je w Zakładzie Zdrowia i Środowiska, którym kieruję.

W ramach ewolucyjnej perspektywy patrzenia na zdrowie główną zagadką nie są przyczyny chorób, bo te są dobrze poznane, ale to, dlaczego organizm jest na choroby podatny. Przecież można sobie wyobrazić organizm, który jest na nie odporny. Tymczasem człowiek jest nie tylko skłonny do wielu chorób, ale i składa się z mnóstwa naprawdę nieudanych rozwiązań fizjologicznych czy anatomicznych.

[...] była to prawdziwa, kilkuletnia przygoda naukowa, podczas której poświęciłam czas na eksplorację nowych pomysłów. Czasami tego samego dnia czytałam artykuły z wynikami badań klinicznych, czasopisma paleontologiczne i teksty historyczne [...]. Połączenie wiedzy z różnych dziedzin pozwoliło mi na zmierzenie się z rozwiązaniem kilku naukowych zagadek związanych ze zdrowiem kobiet.

Moje badania zaczęły się od próby ustalenia, czy na potencjalną płodność kobiet, to znaczy na stężenia hormonów płciowych, ma wpływ wysiłek związany z pracą fizyczną. Okazało się, że kobiety, które stosunkowo ciężko pracują fizycznie, mają obniżone stężenia hormonów. Jak to rozumieć? Na ten fenomen można patrzeć jak na zjawisko patologiczne, bo przecież niskie stężenia estrogenów czy progesteronu to mniejsza szansa na zajście w ciążę. Ale można też na nie spojrzeć inaczej. Biorąc pod uwagę, że poziom tych samych hormonów obniża się również u kobiet, które tracą masę ciała, można taki przypadek rozpatrywać jako adaptację, to znaczy jako zdolność organizmu kobiety do reakcji na niekorzystne warunki życia, na ograniczone zasoby energii. Dostosowanie to sprawia, że kobieta ma mniejszą szansę na zajście w ciążę, kiedy nie ma dość energii na prawidłowy rozwój płodu i karmienie piersią. Lepiej poczekać, aż warunki życia się poprawią, niż inwestować w dziecko, które może urodzić się w nie najlepszej kondycji.

Rezultaty wieloletnich badań ujęłam w książce zatytułowanej The Fragile Wisdom. An Evolutionary View on Women's Biology and Health wydanej przez Harvard University Press. Jej napisanie było dla mnie największym zawodowym wyzwaniem. Jednocześnie jednak była to prawdziwa, kilkuletnia przygoda naukowa, podczas której poświęciłam czas na eksplorację nowych pomysłów. Czasami tego samego dnia czytałam artykuły z wynikami badań klinicznych, czasopisma paleontologiczne i teksty historyczne, na przykład o życiu niewolników w USA, albo o dziewiętnastowiecznych programach dożywiania ciężarnych kobiet we Francji. Połączenie wiedzy z różnych dziedzin pozwoliło mi na zmierzenie się z rozwiązaniem kilku naukowych zagadek związanych ze zdrowiem kobiet, na przykład z odpowiedzią na pytanie: dlaczego afroamerykańskie dzieci rodzą się w USA z niższą masą urodzeniową niż dzieci kobiet pochodzenia europejskiego o porównywalnym statusie społeczno-ekonomicznym? Innym ciekawym zagadnieniem jest tzw. paradoks francuski, czyli obserwacja, że Francuzi cechują się niskim ryzykiem chorób układu krążenia, mimo że ich dieta wcale do najzdrowszych nie należy. Wyjaśnienia mogą być różne, ale moim zdaniem, by to zagadnienie zrozumieć, trzeba wiedzieć o znakomitych tradycjach opieki nad matką i dzieckiem we Francji. Tajemnica tkwi więc w ukształtowanych wielopokoleniowych mechanizmach (tzw. mechanizmach epigenetycznych), które powodują zmiany w sposobie funkcjonowania naszych genów. Epigenetyka oznacza, że sam fakt posiadania określonych genów to nie wszystko, bo gen może być aktywny lub nie, w zależności od różnych czynników. Na to, czy gen danej osoby będzie działał, wpływa na przykład sposób odżywiania się matki w czasie ciąży.

Stawiam na młodych

Jestem teraz na bardzo przyjemnym etapie pracy zawodowej. Pracuję z zespołem młodych ludzi, który jest na tyle liczny i zróżnicowany pod względem zainteresowań i umiejętności, że wiele dzieje się bez mojego udziału. Nawiązują się wpółprace, które nie są zlecane przeze mnie „z góry", ale zaczynają się, kiedy młodsi współpracownicy i doktoranci odkrywają, że chcą razem robić coś ciekawego.

A chwile radości w codziennej pracy naukowca? To, na przykład, moment, kiedy doktorantka przysyła mi zarys napisanego przez siebie tekstu i nawet do głowy jej nie przychodzi, że miałby być to tekst w języku polskim do lokalnego czasopisma. Tekst jest po angielsku i pisany tak, by można próbować wysłać go do renomowanego pisma. To cieszy, bo oznacza, że udało mi się przekazać moje przekonania dotyczące uprawiania nauki. Wskazuje to także na fakt, że wykonujemy swoje zadania na dobrym poziomie, „nie idziemy" w liczbę publikacji, ale wkładamy wiele wysiłku w to, by nasza praca była jak najlepszej jakości.

Tak powinno wyglądać podejście do nauki już na etapie studiów doktoranckich. Walczę ze szkodliwym, ale rozpowszechnionym w Polsce poglądem, że to, co robią doktoranci czy młodzi naukowcy, jeszcze się nie nadaje do publikacji w dobrych pismach. Nadaje się, tylko wymaga od nich i od promotora o wiele większego wysiłku niż publikowanie lokalnie, po polsku.

Uniwersyteckie kontrasty

Pyta pani, jaka powinna być uczelnia moich marzeń? To nie jest zbyt popularna opinia, ale sądzę, że uniwersytet powinnien być źródłem edukacji ogólnej, a nie początkiem kariery zawodowej. Uniwersytet powinien otwierać klapki w głowie, uczyć krytycznego myślenia i wyposażać młodego człowieka w pożyteczne umiejętności (języki i inne, w zależności od kierunku – np. analizę danych). Student powinien czytać i pisać. Dużo czytać i pisać. Dla mnie jednym z największych kontrastów między polską i amerykańską edukacją uniwersytecką były właśnie różnice w ilości czasu poświęcanego na czytanie i pisanie. Marzy mi się uniwersytet, na którym studenci naprawdę studiują, a nie tylko uczą się przez kilka dni sesji, by zdać egzamin. Uniwersytet powinnien różnić się od wyższej szkoły zawodowej. Myśląc o tym, stawiam sobie pytanie: ilu osiemnastolatków wie, co tak naprawdę chce robić w życiu? W Stanach Zjednoczonych medycynę czy prawo zaczyna się dopiero po skończeniu czterech lat na uniwersytecie, a wcześniej człowiek po prostu zmienia się z nastolatka w dobrze wykształconą osobę. Nie wierzę, że w Polsce nas na to nie stać – zawsze w takich sytuacjach zaczyna się narzekanie na brak pieniędzy. Szkoda, bo to decyduje, czy społeczeństwo jest dobrze wykształcone, czy nie.

Na polskich uczelniach wciąż brak mobilności, o której trochę się mówi, ale w praktyce jest jej niewiele. Pozwala ona tworzyć zespoły badawcze, do których kolejne osoby wciąż wnoszą coś nowego. Trzeba przynajmniej mobilizować młodych pracowników, by wyjeżdzali na dłuższe stypendia i staże.

Sporo tracimy przez to, że młodych ludzi nie traktujemy jak równorzędnych partnerów, jeśli nie mają magicznego dr hab. lub prof. przed nazwiskiem. Amerykańskie uczelnie są znacznie mniej formalne. Profesor może zaprosić doktoranta na piwo (i doktorant profesora także), żeby na przykład porozmawiać o pracy doktorskiej. Często organizowane są nieformalne spotkania poza laboratorium. Zaprasza się wszystkich, nie tylko najważniejsze osoby w zespole.

Wolę system amerykański, gdzie badacz z doktoratem może zostać profesorem i jest to decyzja uczelni, która taką osobę zatrudnia, a jednocześnie można przestać być profesorem, kiedy umowa na kilka lat się kończy i uczelnia nie zamierza przedłużać zatrudnienia. Wyścig szczurów? Może, ale jak inaczej wybrać tych najlepszych?

-------------------------------------------------------------------------

Prof. Grażyna Jasieńska – biolog, kierownik Zakładu Zdrowia i Środowiska na Wydziale Nauk o Zdrowiu UJ. Doktorat z antropologii obroniła na Harvard University, natomiast pracę habilitacyjną na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Prowadziła zajęcia m.in. na Harvard University i Deakin University w Australii, ściśle współpracuje z uniwersytetami amerykańskimi (Harvard, Yale, New Mexico, University of Illinois).

W roku 2005 otrzymała prestiżowe stypendium Radcliffe Fellowship na Harvardzie. Czas ten poświęciła na zgłębianie zagadnień dotyczących płodności i zdrowia kobiet. Tym kwestiom poświęcona jest jej książka: The Fragile Wisdom. An Evolutionary View on Women's Biology and Health, którą w 2013 roku wydało Harvard University Press.

O swoich obecnych badaniach mówi: „szukam odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób płodność, a właściwie dzietność, wpływa na zdrowie kobiety, kiedy jest już ona w starszym wieku, i czy istnieje jakaś zależność pomiędzy dzietnością a długością życia"..

----------------------------------------------------------------

Zdjęcia od góry:

- Z profesorem Peterem Ellisonem z Harvardu – promotorem pracy doktorskiej prof. Jasieńskiej i od wielu lat współpracownikiem w badaniach naukowych

- Studenci z koła naukowego. Spotkanie weekendowe.

Polecamy również
Rośliny (nie)przyjazne pszczołom
COP24 - szczyt szczytów
Dlaczego powinniśmy rozmawiać o (pseudo)teoriach „Wielkiej Lechii”?
Najpopularniejsze nasze teksty o nauce - 2017