Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Nawigacja Nawigacja

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

O sztucznej skórze, małym Mateuszku i fascynacji nauką - wywiad z dr hab. Justyną Drukałą

O sztucznej skórze, małym Mateuszku i fascynacji nauką - wywiad z dr hab. Justyną Drukałą

Rozmowa osobista, prawdziwa, szczera, wpisująca się w świąteczny klimat myślenia o ludziach - tych bliskich i dalekich, tych pokrzywdzonych i tych, którym można pomóc. O pasji i marzeniach opowiada biolog, prekursorka badań nad "sztuczną skórą" dr hab. Justyna Drukała z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ten wywiad jest kolejną zapowiedzią publikacji pod wstępnym tytułem "Z naukowcami o nauce". Swe doświadczenia i opinie przedstawia w niej prawie czterdziestu naukowców z UJ. Pytamy ich między innymi o: trudności i radości na drodze do realizacji naukowych pasji; sens popularyzacji nauki i jej obecności w debacie publicznej; kolegów, przełożonych i studentów; najważniejsze cechy sprzyjające pracy naukowej, wymarzoną uczelnię przyszłości i wiele innych aspektów "bycia naukowcem". Wydawcą ksiażki jest Dział Promocji i Informacji UJ.

Dotychczas na stronie www.nauka.uj.edu.pl ukazał się wywiad z biologiem - prof. Ryszardem Laskowskim oraz profesorem nauk medycznych - Anettą Undas.

Więcej o nauce?! Dołącz do profilu strony. www NAUKA.uj.edu.pl na Facebooku 

Podskórny humanizm

Wysłuchała i opracowała Katarzyna Kleczkowska

Dr hab. Justyna Drukała: Zawsze marzyłam, żeby być lekarzem. Umysł miałam dość ścisły, więc największą przyjemność sprawiała mi matematyka. Przełom nastąpił w trzeciej klasie liceum za sprawą nauczycielki biologii, pani Profesor Marii Bigdy. Wtedy powróciły myśli, że przecież zawsze chciałam być lekarzem.

Najbardziej bawiła i cieszyła mnie matematyka, ale wciąż myślałam o medycynie. Wydawała mi się ona zupełnie nieosiągalnym celem – bałam się, że to za trudne studia, że sobie nie poradzę, zwłaszcza że nie miałam możliwości uczęszczania na dodatkowe lekcje. Ale lekcje z profesor Bigdą sprawiły, że w rezultacie poszłam na studia na Wydział Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ciekawe? Przeczytaj także: Nieśmiertelność już za 30 lat?

 

"To jest medycyna dla mnie!"

Na początku byłam trochę smutna, bo to jednak nie było dokładnie to, nawet jeśli biologia stanowi ważny człon medycyny. Wszystko zmieniło się, kiedy na trzecim roku trafiłam do Instytutu Biologii Molekularnej, gdzie poznałam profesora Włodzimierza Korohodę. Biologia molekularna była wtedy zupełnie nową dyscypliną. Profesor Korohoda opowiadał o biologii komórki, o komórkach nowotworowych, o perspektywie badań na komórkach… a to już było bliskie badaniu procesów fizjologicznych u człowieka, to mi się wydało pokrewne medycynie. Często rozmawiałam z profesorem Korohodą, zainteresowałam się tematyką badawczą realizowaną w kierowanym przez profesora Zakładzie Biologii Komórki,  wreszcie profesor zaprosił mnie do swojej pracowni. U niego też napisałam pracę magisterską i to właściwie zadecydowało o tym, co robię dzisiaj.

Kiedy byłam na czwartym roku studiów, profesor Korohoda zaprosił do zakładu doktora Kazimierza Cieślika, byłego ordynatora Oddziału Leczenia Oparzeń i Chirurgii Plastycznej w szpitalu im. Rydygiera w Krakowie. Doktor Cieślik wrócił właśnie z konferencji, na której omawiano nowe metody leczenia ran, produktami inżynierii tkankowej, o czym w Polsce jeszcze się nie mówiło. Doktor Cieślik zaproponował, aby spróbować hodowli komórek skóry ludzkiej w naszym laboratorium.  Wtedy profesor Korohoda wskazał mnie do realizacji tego projektu. Byłam przeszczęśliwa! Lekarz, który mówi, że można leczyć komórkami – panie doktorze, to jest medycyna dla mnie!

Po dwóch latach pracy, czytania literatury, optymalizacji metod, okazało się, że jesteśmy w stanie to robić i pierwszy przeszczep hodowanych komórek skóry ludzkiej wykonaliśmy w 1996 roku. Nie ukrywam, że było to zrobione w dość partyzancki sposób. Hodowaliśmy wtedy tę skórę w laboratorium, w którym na co dzień robiliśmy nasze eksperymenty naukowe – przy Alei Mickiewicza 3, w byłym seminarium duchownym. Namnożone komórki przelałam do probówki, wsadziłam do torebki, wsiadłam do tramwaju i pojechałam do szpitala, żeby zrobić przeszczep. Udało się.

W tym czasie udało nam się również przekonać szpital dziecięcy w Prokocimiu do podjęcia próby klinicznej z oparzonymi dziećmi. Naszym pierwszym pacjentem był Mateuszek – szesnastomiesięczne dziecko z poparzonym brzuszkiem. Pobraliśmy od niego małą biopsję skóry, a ja wyhodowałam komórki. Umieściłam komórki w małym naczyniu, probówce Eppendorfa – to jest taki plastikowy pojemniczek, który ma 2 mililitry objętości, a były w nim 4 miliony wyhodowanych komórek – i pojechałam do Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Weszłam na salę operacyjną z tym naczyńkiem, a profesor Grochowski, ówczesny dyrektor szpitala, zapytał mnie: „A gdzie jest ta skóra?". Pokazałam to małe naczyńko, profesor się mocno zdziwił – przecież oparzony był cały brzuch dziecka!  Ale przeszczep został wykonany. I nie wiem, co było ważniejsze – moment przeszczepu komórek czy to, co zaobserwowaliśmy po pięciu dniach, odkrywając opatrunek: rana się wygoiła! Lekarze, którzy uczestniczyli w tej zmianie opatrunku, byli zszokowani.

...nie wiem, co było ważniejsze – moment przeszczepu komórek czy to, co zaobserwowaliśmy po pięciu dniach, odkrywając opatrunek: rana się wygoiła!

Wtedy profesor Grochowski wraz z doktorem Cieślikiem zadecydowali, że należy pozyskać środki na wdrażanie tej metody i aplikowaliśmy o grant do Komitetu Badań Naukowych.  Od tego czasu regularnie w ramach projektów naukowych prowadziliśmy próby przeszczepów komórek skóry w leczeniu ran. Przez te wszystkie lata współpracowałam z doktorem Kazimierzem Cieślikiem, ale najwięcej przeszczepów komórek wykonaliśmy z prof. Jackiem Puchałą, który zajmował się leczeniem oparzeń w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie.

„Czy pani doktor przyniosłaby mi pepsi?"

Później pojawił się jeszcze jeden Mateuszek, nieco starszy. Leżał w szpitalu w Boże Narodzenie, a ja pojechałam go odwiedzić. Zapytałam go: „Mateuszku, a co byś ty teraz chciał?". Głupie pytanie –  pomyślałam sobie – bo dziecko mi się zaraz rozpłacze i powie, że chciałoby być w domu i rozpakowywać prezenty. A on mi mówi: „Czy pani doktor przyniosłaby mi pepsi?". Poszłam do kiosku i kupiłam puszkę pepsi. Zobaczył to profesor Jacek Puchała i z krzykiem: „Co ty robisz, przecież to jest gazowane, on nie może!". „Posłuchaj, on chce pepsi" – odpowiedziałam spokojnie. Chodziliśmy po korytarzu, odgazowywaliśmy to pepsi, żeby poczęstować Mateuszka….

Dzieci bardzo wzruszają – ich cierpienie uczy niezwykłej pokory.  Obcowanie z nimi zawsze sprawiało mi wielką radość, chociaż na początku było to traumatyczne przeżycie, patrzeć na ich cierpienie… Ale chore dziecko bardzo motywuje do pracy. Cieszę się, że robię to, co robię, że mam kontakt z ludźmi. Empatia jest niezwykle istotna i to nie tylko w tym konkretnym działaniu. W ogóle ludzie powinni sobie okazywać więcej empatii.

Kiedy przygotowuję komórki, to nie zastanawiam się, czy to będzie wynik, który opublikujemy, i kto za to zapłaci.

W pracy naukowca humanizm też jest bardzo ważny. Kiedy przygotowuję komórki, to nie zastanawiam się, czy to będzie wynik, który opublikujemy, i kto za to zapłaci. Człowiek jakoś o tym nie myśli, tylko widzi cierpienie, i jakby tylko mógł, to by wszystko zrobił, cokolwiek by się dało. Potem gdy  wracam ze szpitala na uczelnię, do domu, to myślę sobie: Jakie my właściwie mamy problemy, po co się tak denerwujemy? Tu są rzeczywiste problemy! Jeśli tylko my naukowcy umiemy w jakiś sposób przyczynić się do ich rozwiązania, mamy wiedzę, pomysły  - zintensyfikujmy badania, po to, żeby rzeczywiście pomagać. Bo po to jesteśmy, prawda?

Ciekawe? Przeczytaj także: Ludzkie mleko. Wiemy o nim mniej niż o kosmosie

Człowiek skonstruowany w laboratorium?

Zaczęliśmy od skóry – cała ta historia zaczęła się od komórek naskórka – ale naszą ambicją i celem jest wprowadzenie do laboratorium również innych komórek, które mają zastosowanie w medycynie regeneracyjnej. Mam na myśli przede wszystkim macierzyste komórki z tkanki tłuszczowej, którymi można leczyć wiele różnych ubytków, bo są bardzo plastyczne. Od kilku lat pracujemy również nad optymalizacją hodowli komórek tkanki chrzęstnej do zastosowań klinicznych.

Chciałoby się za każdym razem jechać do pacjenta, dla którego wyhodowaliśmy komórki, uczestniczyć w zabiegu, w zmianie opatrunku, zobaczyć efekt, zinterpretować go naukowo.

Pracujemy naukowo, publikujemy, ale najwięcej energii i emocji wkładamy w projekty aplikacyjne. Chciałoby się za każdym razem jechać do pacjenta, dla którego wyhodowaliśmy komórki, uczestniczyć w zabiegu, w zmianie opatrunku, zobaczyć efekt, zinterpretować go naukowo. Profil działania takiej pracowni odbiega od standardów uniwersyteckich w klasycznym rozumieniu i niestety wymusza rezygnację z czegoś. Nie chcę rezygnować ani z dydaktyki, ani z pracy naukowej, ale mam świadomość, że w takiej pracowni powinni działać ludzie dedykowani tylko tej dziedzinie. Aby robili to dobrze, z poświęceniem, muszą skupić się wyłącznie na tej pracy, nie są w stanie być równocześnie dobrymi dydaktykami, naukowcami i liderami grupy. Na coś trzeba się zdecydować.

Ktoś może powiedzieć – nie taka jest misja uniwersytetu. Chyba jednak jest, bo my, oprócz tego, co robimy, co staramy się ulepszać, także uczymy studentów i przygotowujemy ich do pracy na tym polu. Młodzież interesuje się inżynierią tkankową, przychodzi tutaj i chce działać. Z pewnością inżynieria tkankowa i medycyna regeneracyjna mają wielką przyszłość i młodzi ludzie to czują i rozumieją. Zanim jednak produkty inżynierii tkankowej będą rutynowo stosowane w klinikach, dużo jeszcze pracy przed nami i nimi. Wszystko to wymaga  jeszcze szlifów, a uniwersytet jest idealnym miejscem do realizacji tego celu.

Naukowiec w gorącej wodzie kąpany

Od 1999 roku wiedziałam o każdym oparzonym pacjencie, który trafiał do Instytutu Pediatrii. Profesor Puchała dzwonił do mnie, ja jechałam do szpitala i z pobranej biopsji skóry hodowałam komórki. Czy w danym momencie były one potrzebne, czy nie, za każdym razem ta hodowla była przygotowana dla dziecka – taki wypracowaliśmy schemat. Nigdy nie było mowy, że to jest sobota, niedziela, czy wakacje – zawsze wszystko było w pogotowiu. Mnie to cieszyło! Pierwszy sukces tak dodaje skrzydeł, że człowiek na nic nie zważa – na czas, na pieniądze, nie, po prostu hodowało się i już, i jeździło się do tych dzieci, rozmawiało się z nimi. Zawsze to była dla mnie największa nagroda, że mogłam pójść na salę operacyjną, asystować profesorowi przy zabiegu, rozmawiać z nim, oglądać te rany. Był nawet taki moment, że zadał mi pytanie: „Czemu ty właściwie nie studiowałaś  medycyny? Przecież ty jesteś urodzonym lekarzem!".

Przez przypadek właściwie osiągnęłam nawet więcej niż marzyłam. Kiedyś zwrócono mi uwagę, że przecież ja jestem biologiem i tak naprawdę nie powinnam nawet dotykać pacjenta, będąc na sali operacyjnej. Ale profesor Puchała powiedział mi: „To ty masz w rękach wyhodowane komórki – my się na tym nie znamy, nie wiemy, co z nimi zrobić i jak to zrobić, żeby nie zaszkodzić; ty masz to w rękach, nie my!". Dlatego pozwalał mi przystępować do stołu operacyjnego. To była dla mnie największa nagroda i największa satysfakcja –  poczucie, że to, co tutaj robimy, ta nauka, ona naprawdę czemuś służy. Oczywiście nie należy zapominać o badaniach podstawowych, na bazie których to wszystko powstaje. Bez nich w ogóle nie ma mowy o postępie. Ale ja zawsze byłam w gorącej wodzie kąpana i zawsze chciałam już tu i teraz widzieć efekt mojej pracy.

Oczywiście nie każdy przeszczep się udaje. To zależy od bardzo wielu czynników – na przykład od tego, jak rana została przygotowana i w jakim stanie jest pacjent. Czasem zdarza się, że komórki  namnażały się bardzo dobrze, przeszczep przebiegł prawidłowo, ale potem nastąpiło zakażenie. Ale tak sobie myślę, że choćby to miał być ten pierwszy i jedyny Mateuszek, to jest to satysfakcja na całe życie i motywacja do pracy. Nie potrzeba nic więcej.

Ciekawe? Przeczytaj także: Druk 3D rewolucjonizuje medycynę. Przykładem model wątroby stworzony na UJ [video]

-------------------------------------------------------------------------
Dr hab. Justyna Drukała – biolog, kierownik Banku Komórek w Zakładzie Biologii Komórki na Wydziale Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii i w Małopolskim Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się biologią komórek macierzystych, w szczególności hodowlą komórek naskórka ludzkiego do leczenia oparzeń i chronicznych owrzodzeń. Zdobywczyni Nagrody Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Brązowego Krzyża Zasługi.

Zdaniem profesor Drukały w pracy naukowca najważniejsza jest radość z prowadzenia badań, ale też krytyczna ocena ich wyników. „Wciąż powtarzam moim studentom" – mówi profesor Drukała – „że jeżeli człowiek czuje pasję, radość z tego, co robi, właśnie to w życiu powinien robić, najlepiej jak potrafi. Jak powtarzał mój mentor, profesor Włodzimierz Korohoda: »Wy się musicie bawić pracą naukową – wtedy zrobicie to dobrze«".

-------------------------------------------------------------------------

Dolne zdjęcie: Hodowane in vitro komórki naskórka ludzkiego. Na zdjęciu widoczne komórki nabłonkowe – keratynocyty oraz komórki barwnikowe – melanocyty © fot. Pracownia Inżynierii Komórkowej i Tkankowej UJ

Polecamy również
Dlaczego powinniśmy rozmawiać o (pseudo)teoriach „Wielkiej Lechii”?
Najpopularniejsze nasze teksty o nauce - 2017
Mateusz Hołda. Szkicowanie mapy serca
Płodność, hormony i zdrowie. Nie ma łatwych rozwiązań