Przejdź do głównej treści

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Nawigacja okruszkowa Nawigacja okruszkowa

Nawigacja Nawigacja

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Widok zawartości stron Widok zawartości stron

Fake news, czyli plotka w wirtualnym świecie

Fake news, czyli plotka w wirtualnym świecie

W dobie mediów społecznościowych, baniek informacyjnych i silnej polaryzacji społecznej coraz większą rolę w kształtowaniu opinii odgrywają fake newsy. Czy ich źródeł można doszukiwać się w tym, że człowiek jest istotą społeczną i stadną? O plotkowaniu i fałszywych informacjach pisze dr Małgorzata Majewska z Instytutu Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej UJ.

Naszą opowieść rozpoczniemy od czasów, kiedy nie było Internetu, telefonów komórkowych i innych zaawansowanych technologii – od świata pierwszych Homo sapiens. Yuval Noah Harari w książce Sapiens. Od zwierząt do bogów twierdzi, że tym, co uczyniło gatunek ludzki dominującym na kuli ziemskiej, jest umiejętność plotkowania. Człowiek jest z natury istotą społeczną, musi więc współpracować w stadzie, by zaspokoić swoje dwie najważniejsze potrzeby: przetrwania i rozmnażania się. Jak pisze izraelski historyk – nie wystarczy, by poszczególni mężczyźni i kobiety znali miejsce przebywania lwów i bizonów. Dużo ważniejsze jest wiedzieć, kto kogo w danej grupie nienawidzi, kto z kim sypia, kto jest prawdomówny, a kto lubi kłamać. Tutaj na pierwszym planie pojawia się… plotka.

Ktoś może powiedzieć, że plotkowanie jest trywialne, że właściwie nie ma żadnego większego znaczenia. Zwróćmy jednak uwagę na to, jak wiele energii i czasu zajęłoby samodzielne testowanie każdego członka stada! Gdyby każdy chciał osobiście sprawdzić, kto jest godzien zaufania, a kto nie, to zmarnowalibyśmy znakomitą część naszego życia. Harari policzył, że w grupie 50-osobowej występuje 1225 relacji indywidualnych oraz niezliczona ilość złożonych kombinacji społecznych. Innymi słowy, plotkowanie jest energetycznie opłacalne.

Biorąc pod uwagę powyższe rozważania, pojawia się pytanie, czym różni się ludzkie przekazywanie informacji (a do takich niewątpliwie należy plotkowanie i jego najmłodsze dziecko, czyli fake news) od komunikowania się innych istot? Otóż zwierzęta, na przykład koczkodany zielone, potrafią poinformować swoich pobratymców o tym, że u wodopoju stoi lew. Są zdolne także rozróżnić zagrożenie z ziemi od tego z powietrza. Z drugiej jednak strony nie potrafią tego, co z łatwością potrafi każdy z nas: opowiedzieć drugiej małpie o tym, co trzecia małpa mogła robić z jeszcze inną małpą, gdy ta druga szukała pożywienia. Co więcej, nie umieją sobie wyobrazić, co tamte będą robić w przyszłości. Koczkodanom zielonym nigdy nie przyszłoby do głowy zastanawianie się, czy potencjalna kopulacja innych członków społeczności jest dobra dla reszty stada. Plotkarski ludzki świat często wie to, o czym sami zainteresowani nie mają pojęcia. To właśnie Homo sapiens potrafi zbudować fikcję, która ma realne przełożenie na rzeczywistość – może na przykład doprowadzić do spalenia na stosie wielu niewinnych kobiet, oskarżonych o praktykowanie magii.

Fake news jest plotką w wirtualnym świecie. Informacją, która oderwała się od swojego źródła. Definiowany jest jako artykuł czy wiadomość, która pojawiła się w mediach, a po zweryfikowaniu okazuje się być sfabrykowana, intencjonalnie fałszywa i wprowadzająca w błąd. Określenie fake news jest neologizmem, opisującym nieprawdziwe wiadomości w mediach, przeinaczającym prawdę. Często udostępniając fake newsy, użytkownicy portali społecznościowych zakładają ich prawdziwość, tak jak wielu plotkarzy wierzy w prawdziwość tego, co przekazuje dalej. Co więcej, w większości przypadków klikając “udostępnij” zakładają wiarygodność osoby, która podzieliła się tą informacją i zaczerpnęła ją od kogoś, kogo ona sama uważał za prawdomównego. Fake news jest mistrzem ukrywania źródła swojego powstania.

Dlaczego więc udostępniamy na swoich profilach wiadomości, których wiarygodność jest wątpliwa? Tania Yuki przeanalizowała dwa tysiące najczęściej i najrzadziej udostępnianych rodzajów postów na Facebooku. Następnie spytała dziesięć tysięcy użytkowników tego portalu co musi się stać, by udostępnili na swoim profilu jakąś informację. Pamiętajmy, że człowiek jest istotą stadną i ewolucyjnie potrzebuje przynależeć do wspólnoty, gdyż to ona gwarantowała mu kiedyś przetrwanie. Tyle tylko, że w czasach przedinternetowych naszą najbliższą wspólnotą było stado, do którego zaliczała się rodzina, znajomi i ludzie ze środowiska, w którym żyliśmy. Ewolucja nie przewidziała sytuacji, w której w dowolnym momencie swojego życia możesz wejść na Facebooka i znaleźć ogromną liczbę wspólnot, pozornie obiecujących ci opiekę, ze względu na podobne poglądy w danym temacie (np. wegetarianizm, katolicyzm, czy walka ze smogiem).

Według Yuki, aby dany post został udostępniony, pierwszym warunkiem, jaki musi spełnić jest społeczna waluta (social currency). To, co o sobie piszemy i czym się dzielimy, definiuje nasz wizerunek. Ktoś dzielący się informacją o najnowszych badaniach naukowych na temat prokrastynacji buduje w ten sposób obraz siebie jako człowieka inteligentnego. Inna osoba – kilka sekund po wydaniu informacji medialnej głoszącej, że Leonardo di Caprio wreszcie dostał Oskara – natychmiast udostępniając te doniesienia, przedstawia siebie jako człowieka, który jest na czasie. Trzecia osoba z kolei wrzuca zabawnego mema o rzucaniu przez człowieka kamieniami w dinozaury, więc kreuje się jako kogoś, kto ma duże poczucie humoru. Wszystko, co mówimy o świecie naszymi postami, mówi najwięcej o nas samych. Chcemy pokazać się jako fajni, dowcipni, inteligentni, a więc bezpieczni dla wspólnoty.

Potrzeba udostępniania użytecznych treści ma więc jedną podstawową funkcję – bezpieczeństwo. Gdy wrzucę informację o poziomie smogu w Krakowie czy o osobie obłąkanej, która rozrzuca zatrutą kiełbasę na krakowskich Błoniach, to równocześnie mówię reszcie stada: jestem dla was przydatny, więc bierzcie mnie pod uwagę. Dzielimy się informacjami, których celem jest wywołanie różnych emocji, np. szczęścia, inspiracji, wzruszenia, ale też złości i strachu. Filmik o słodkim labradorze opiekującym się poturbowaną w wypadku kurą konkuruje więc z filmikiem o rakotwórczych działaniach domowej gąbki, używanej do mycia naczyń i o medycznej sekcie, która celowo nas truje, by potem zarobić na lekach. Rzecz jasna, cudownie sprzedają się na facebookowym rynku prawdziwe historie (storytelling) uruchamiające poczucie bliskości i uaktywniające drzemiące w nas pokłady empatii. Ta osobista historia zaprasza nas w prywatność drugiej osoby. I mimo że jest to beznogi chłopiec z Hondurasu, to kiedy opowiada o tym, jak ciężko chorował, a w pobliskim ośrodku zdrowia zepsute było jedyne czynne USG, to jego choroba staje się elementem obecnym w naszym życiu. Od teraz jesteśmy uczestnikami tragedii, chociaż dzieje się ona na drugim krańcu świata.

Belle Gibson, Australijka, która podzieliła się z światem swoją historią walki z rakiem mózgu metodami alternatywnymi, uruchamiała większość z wymienionych mechanizmów. Opowiedziała o swoich zmaganiach z chorobą tak poważną, że pozostały jej zaledwie cztery miesiące życia. Mówiła o tym, jak chemioterapia i radioterapia nie przyniosły żadnego efektu. W pewnym momencie Belle zaczęła zdrowo się odżywiać, ćwiczyć, medytować. Wyzdrowiała i swoją opowieścią dzieliła się ze światem pisząc na blogu, tweettując, nagrywając filmiki. W 2013 roku uruchomiła aplikację The Whole Pantry dotyczącą zasad zdrowego odżywiania, która w pierwszym miesiącu została ściągnięta 200 000 razy. Dopiero później okazało się, że Belle nigdy nie miała raka i całe jej opowiadania było zwykłym fake newsem. Ludzie udostępniali jej historię nie sprawdzając, czy jest prawdziwa. Obdarzyli Belle zaufaniem, bo ufali też innym, którzy udostępniali jej historię, zgodnie z założeniem zaufania społecznego, że skoro X, który jest poważnym w mojej opinii facetem jej wierzy, to ja też.

W tym całym szaleństwie sharowania wiele osób zapomina o tym, by sprawdzić prawdziwość tego, co udostępnia. Kiedyś nieprawdziwa plotka dotyczyła tylko wąskiego grona. W dobie szerokopasmowego Internetu fake news dociera do ogromnej rzeszy użytkowników i bezlitośnie podważa – a nawet może powodować utratę – wiarygodność udostępniającego. Kiedy lekarz, do którego chodzisz na konsultacje wrzuca na swój profil informację o tym, że ziemia jest płaska, całe grono jego pacjentów traci do niego zaufanie. Dziennikarz, który udostępni fake newsa, pozbawia się swojej rzetelności, bo uruchamia w swoich odbiorcach obawę, że innych informacji również nie sprawdza. Ośmiesza się polityk, który przywoła w argumentacji fałszywą teorię naukową, gdyż wywoła obawę społeczną, że jego wiedza merytoryczna jest równie powierzchowna.

Fake news jest i będzie w sieci. Tak jak plotka była i jest z człowiekiem. To narzędzie regulacji społecznych. To tester wiarygodności i rzetelności, czyli tego co dla wspólnoty kluczowe: zaufania. Tyle tylko, że kiedyś ważne było dla społeczności to, kto z kim sypia, ma dzieci i buduje stado. Dzisiaj, gdy stada są już ułożone społecznie, a władza została wybrana, sprawdza się coraz bardziej bezlitośnie to, czy członek danej grupy społecznej aby na pewno na kompetencje i wiedzę, by dane miejsce we wspólnocie zajmować.

dr Małgorzata Majewska

-------------------------------------

Ciekawe? Przeczytaj także: 

  1. Brexit - bomba z opóźnionym zapłonem czy rozwód z UE?
  2. Homo mediaevalis, czyli codzienne życie człowieka w Średniowieczu
  3. Jak się uczyć? Nauka podpowiada

 

 

Polecamy również
Mowa nienawiści